Cała akcja zaczęła się 10 stycznia kiedy to spostrzegłyśmy z mamą,
że Ash krwawi.
Zaczęłyśmy się złościć na siebie, że nie dopilnowałyśmy i że Ash nie
chcąc chodzić w opatrunku pewnie naruszyła sobie łapę, którą miała
dopiero co szytą (4 stycznia- ach te szkła posylwestrowe)... Jednak
po dokładnych oględzinach okazało się, że tym razem to nie łapa! RATUNKU
CIECZKA! ! ! Szok przede wszystkim, ale też radość, złość, ekscytacja,
niepewność, bezradność, nadzieja- total zamot emocjonalny. Przyznam,
że zupełnie przestałam rozsądnie myśleć
a mama się tylko ze mnie śmiała=D
Tak naprawdę sytuacja była dość prosta - spróbować doszukać się najodpowiedniejszego
dnia na krycie, przypomnieć o sobie we Francji, wsiąść w autko i pojechać
bo wszystko zaczęłam profilaktycznie załatwiać już w listopadzie (pomimo,
ze spodziewałam się cieczki w marcu-maju). Ja jednak zupełnie nie
wiedziałam co teraz i gorączkowo chodziłam od drzwi do drzwi w poczuciu,
że już natychmiast trzeba działać...
A tak to wyglądało na skype... rarunia1 to ja a Kuba to Natasza,
która na stałe wrosła do rodziny Kuźni i zawsze we wszystkim uczestniczy;)
[2008-01-10 18:39:49] rarunia1 napisał(a):myślisz, żeby dawać już
czym zamierzamy kryć??
[2008-01-10 18:40:11] Kuba napisał(a):zależy czy jesteś pewna
[2008-01-10 18:40:18] Kuba napisał(a):że nim
[2008-01-10 18:40:31] rarunia1 napisał(a):ja to se mogę być pewna-
gorzej z Ash
[2008-01-10 18:40:44] Kuba napisał(a):(blush)
[2008-01-10 18:41:13] Kuba napisał(a):i tak pewnie znowu gwałt będzie
[2008-01-10 18:44:06] rarunia1 napisał(a):oj to już mnie ważne
[2008-01-10 18:44:13] rarunia1 napisał(a):byle by w ten dzień trafić
[2008-01-10 19:06:38] rarunia1 napisał(a):ooo- ja jeszcze nie dodałam
K do potomków Ash na stronce :O
[2008-01-10 19:06:51] rarunia1 napisał(a):Ash ma cieczkę
[2008-01-10 19:07:12] rarunia1 napisał(a):O KU*WA!!!!!!!!!!!!!!!!
[2008-01-10 19:07:13] rarunia1 napisał(a):wybacz
[2008-01-10 19:08:28] Kuba napisał(a):ale wygadałaś
[2008-01-10 19:08:42] Kuba napisał(a):no to jedziemy do Francji
Także zastanawianie się czy dać już info o kryciu we Francji nabrało
zupełnie innego sensu i wymiaru...
W piątek robiłam badanie nabłonkowe i wyszło, że kolejnego dnia wypadałoby
pokryć jednak nauczona doświadczeniem wiedziałam, że nabłonki to nabłonki
a cała reszta swoją drogą- Rino owszem zainteresowany, ale jeszcze
bez obłędu w oczach- znaczy trza się zbierać, ale bez paniki.
Maile rozesłane- Francja czeka, pomocniczy kierowca/fotoreporter/towarzysz
(przyjaciel mój) nieco zszokowany, ale ochoczo nastawiony- w takim
razie można pomyśleć o wystawie...
O wystawie??? Przecież miało być o kryciu we Francji... Tak- tylko,
że akurat w ten weekend wypadała wystawa w czeskim Olomoucu!
Żeby emocji nie zabrakło to jeszcze wpakowałam się w autko z Kotinką
i wybyłyśmy we dwie na cały dzień do Czech.
Badanie progesteronowe okazało się niemałym problemem.
Nigdzie w okolicy testów nie mieli...
Moja pani wet mówi, że owszem jest możliwe, ale trzeba sprowadzić,
Rybnik, że owszem robią- oddają krew do ludzkiego laboratorium. No
to ja do mojej dr.Oli a ona na to, że to nie do końca tak jest, że
progesteron u psów należy oznaczyć do pół godziny od pobrania i że
robione tak jak u ludzi nie ma to sensu.
We wtorek okazało się, że źle się dogadałam z panią doktor i testy
nie sprowadzone- najbliżej znalazłam dostępne w Klinice Małych Zwierząt
Katowice-Brynów.
Jednak jako, że Rino wykazywał już mały obłęd w oczach i oznaki "głuchoty
komendowej" zaufałam Pani doktor i zrobiliśmy kolejne oględziny
wymazu Ash- jednak pod warunkiem, że ona osobiście się tym zajmie.
Wyszło jak przewidywaliśmy i szybka decyzja- nie ma co czekać, zrobi
się progesteron na miejscu! JEDZIEMY...
Wtorek to dzień wielkiego czesania Ash- przecież musi być nienagannie
wyszykowana do francuskiego kochanka! Kilka godzin roboty, ale efekt
wystawowy. Sprawdzenie mojej astruni i zgarnięcie ciuchów i kilku
innych rzeczy- prawie losowo do walizki. Wieczór jeszcze trzeba poświęcić
koniom- sprzątanie stajni to akurat zajęcie relaksujące przed długą
trasą=]
Środa. Dzień wyjazdu.
Oczywiście nerwy nie omieszkały mnie obudzić już o samej piątej rano-
nie poddałam się im jednak i uparcie tkwiłam w łóżku na siłę starając
się nie patrzeć na Świat (znam przecież swoje słabości- i to, że moje
oczy w podróży zawsze najbardziej manifestują zmęczenie).
9:00 to planowany czas wyjazdu.
Pierwszy przystanek to Racibórz. Zakupy w motoryzacyjnym: apteczka
w normach unijnych, olej, płyn do spryskiwaczy.
Stacja- bak do pełna zalać (pierwszy raz jęknąć przy kasie).
Bankomat- kantor- euro w portfel.
I w drogę.
12:30 planowany postój- Kłodzko.
Stąd zabieramy miłą panią (pieszczotliwie nazywaną Navi), która bardzo
dokładnie i sprawnie prowadziła nas po Europie, pomogła nam również
ominąć paskudne płatności autostrad. Dzięki niej też ośmieliliśmy
się pozaglądać tu i tam, i umilić stresujący czas czystej misji, ale
o tym później...
13:30 to już Wrocław.
Zabieram towarzysza. Jeszcze obiadek, jeszcze porozmawiać o Kamirku
(ale się chłopak ucieszył, że mnie widzi- miłe=))
Pakujemy się do autka- (po raz kolejny się cieszę, że mam kombiaka)
i co się okazuje???
Nie działa mi gniazdo zapalniczki! Z Navi nici (Wy już wiecie, że
dalej było inaczej, ale ja wpadam w szał). Jeszcze walczę- jedziemy
do mechanika. Się okazało, że bezpiecznik, ale żaden z tych pięciu
które wymieniłam tylko całkiem inny =I
Przy okazji wyszło, że mój samochód jest w 100% sprawny- bo pod tym
samym bezpiecznikiem krył się mój nieco dokuczliwy brak świateł cofania.
Gotowi i rozentuzjazmowani ruszamy w kierunku granicy!
100km dalej odruchowo sięgamy po dowody po czym przekonujemy się
co znaczy "Schengen". Uderza mnie wymarły "nagraniczny"
targ, puste budki, podniesione szlabany, nawet brak czekania w sznurze
samochodów...
Jesteśmy w Niemczech. Czyli teraz super autostrady- w sumie nudy.
Navi prowadzi- nie trzeba się koncentrować, ruch niewielki- nie ma
na co się wściekać, dziury nie uświadczysz- więc zbędne śledzenia
asfaltu, widoków też nie bardzo- raz, że szarzeje, dwa, że nie ma
i już nic w pobliżu do zawieszenia oka i nawet ograniczeń brak...
Nieco po sześćsetnym kilometrze trasy kasjer się odezwał- więc postój.
Po 850km Dagunia wymiękła... - i zmiana kierowcy.
Belgia i moje ulubione ciepło-miodowe latarnie
Kolejny postój.
Droga była o tyle ciężka, że stale padało. Czasem mżawka, czasem deszcz,
jak była chwila przerwy to akurat najczęściej objeżdżaliśmy jakieś
miasto- gdzie był znacznie większy ruch i tiry robiły swoje "opady"
a tak poza tym to spoko. Chyba też adrenalina i ciekawość nas niosły=D
Belgia bardzo szybciutko przeleciała i już wreszcie Francja. Tutaj
ciekawa rzecz- jak tylko przejechaliśmy tablicę informacyjną wjechaliśmy
w mleko. Mgła się pojawiła tak nagle i tak przykro, że nieco nas przygasiła.
Na szczęście już niedaleko.
Zaczęło jaśnieć. Navi ściąga nas z autostrady więc i widoczki inne.
Aż wreszcie ukazał nam się świetny dwuspadowy most...
A zaraz za nim miejscowość docelowa.
Jest godzina piąta rano, z madame Valerie Denicou jestem umówiona
na dziewiątą więc mamy trzy i pół godzinki na drzemkę.
Miejscowość mała, ciasno zabudowana- trudno znaleźć kawałek parkingu.
W końcu się udało pod jakimś większym sklepem, zaraz obok stacji benzynowej
w centrum dość zabawnego osiedla- gdzie z jednej strony otaczały bloki
a z drugiej domki jakby szeregówki.
Całe bagaże lądują na przednich siedzeniach, tylne składają, śpiwory
w expres tempie rozwinięte- później nazwaliśmy to wyścigiem po sen.
W składzie: ja, kumpel i Ash zasypiamy mocno i nawet transformatory
sklepu/stacji, ani latarnie nam nie przeszkadzają!
Szybko pobudka zadzwoniła- ale jak widać humory nam dopisują...
Zaczął się drugi dzień wyprawy.
Czwartek. Rozeznanie terenu.
8:30 pobudka.
Tak akurat na zebranie się i dojechanie do hodowli. Jednak nasza miła
Pani Navi nie wie gdzie taka ulica się znajduje. No cóż- zdarza się.
Ale przecież jesteśmy w odpowiednim miasteczku to znaleźć osobę mając
adres nie powinno być problemem (w końcu robię to na co dzień pracując
i jest OK)=]
Zaczęłam od marketu pod którym spaliśmy. Mnie się udało ich zapytać
gdzie taki adres, ale oni już nie potrafili mi powiedzieć, że nie
wiedzą od jednej osoby począwszy do około 10 ostatecznie- wszyscy
radzili gdzie może być taka ulica. Wymyślono jedynie, że chyba gdzieś
na obrzeżach i mniej więcej na których obrzeżach. Później kierowniczka
sklepu tą informację niosła między półkami, wzdłuż chłodni, przez
troje drzwi, przez labirynt palet z towarem do jednej konkretnej dziewczyny,
która zna angielski żeby ta mogła mi "pi razy oko" nakreślić
kierunek owych obrzeży. Skończyło się na wskazaniu ręką kierunku i
takie to było owe pi... (Ludzie to jednak mają mało wiary we własne
siły- przecież tyle to była w stanie mi powiedzieć pierwsza napotkana
osoba)
No, ale cóż- podziękowałam bardzo za trud i wysiłek w próbie pomocy
i postanowiłam, że zmierzając we wskazanym kierunku zapytamy kogoś
po drodze.
Pierwszą osobą był pan wyciągający pocztę ze skrzynki na listy. Ten
pan dla odmiany był bardzo wierzący we własne siły i sprawiał wrażenie
jakby nie przyjął do wiadomości faktu "Wieży babel" (szok)
Wysłuchaliśmy prawie dwudziestominutowego monologu z którego niestety
nie wynikały żadne konkretne wskazania rękami czy choć strzępy zrozumiałych
dla mnie zdań (uczyłam się tego języka, ale w tej chwili jedynie może
bym kierunki wyłapała).
Dziękując bardzo uprzejmie po raz wtóry, nieco zrezygnowani oddaliliśmy
się.
Tutaj moja determinacja wzięła górę i padło stwierdzenie: "Zobacz
jaka chata, a jakie auto- ci ludzie to muszą mieć kasę... Czekaj-
skoro mają kasę to MUSZĄ znać angielski" (w sumie to nie wiem
skąd taka konkluzja, ale okazała się bardzo trafiona).
Zapukałam odrywając miłego pana od porannej prasówki i ucieszyłam
się od razu faktem, że faktycznie posługuje się przyjaznym językiem.
Niestety i on nie znał bliższego określenia naszych tajemniczych obrzeży,
natomiast wykazał się wyższą chęcią pomocy mile mnie zaskakując. Miałam
numer telefonu wypisany przy adresie, więc miły pan zadzwonił w celu
dopytania o miejsce. Pomysł wprost genialny jednak został spisany
na straty- ranek w dużej kenelowej hodowli to czas bardzo aktywny
i nikt słuchawki nie podniósł. Miły Pan jednak nie poddawał się i
zadzwoniwszy na informację dowiedział się wszystkiego!!!
Bardzo dokładnie wyjaśnił mi drogę co ja skrupulatnie powtórzyłam
i po upewnieniu się, że wszystko jasne po raz kolejny serdecznie podziękowałam-
tym razem z poczuciem ulgi i nieskrywaną wdzięcznością.
Kilka minut później podjechaliśmy pod bramę ostatniego domu miasteczka
a pierwszego od autostrady, z której zresztą niepotrzebnie zjechaliśmy
udając się do miasteczka na nocleg.
9:45 w hodowli.
Przyjechaliśmy na miejsce. Pierwsze co mnie uderzyło to ilość owczarków
niemieckich. Wcale nie wiedziałam, że Państwo Denicou je hodują i
zszokowało, że w takiej przeważającej ilości. Hodowla briardów: des
Plaines de Brotonne, ONów: de l'Oree du Bosc.
W hodowli aktualnie jest 14 ONów i 4 briardy (w tym dwa podrostki),
reszta briardów jest u zaprzyjaźnionych rodzin- jako że briard nie
nadaje się do kojca.
to jest główny budynek hodowli- w nim wolne pomieszczenie do wszelkich
zabiegów ze stołem trymerskim, kojce briardów i coś w rodzaju "paszarni".
Za tym budynkiem znajdują się jeszcze bodajże dwa mniejsze już typowo
kenelowe.
tutaj wybiegi
wybiegi z głównym budynkiem w tle
i dom mieszkalny z dobudowanym biurem gdzie znajdowały się trofea,
dokumenty, ale także i porodówka z ukrytą kamerą;)
a po drodze dorwaliśmy szczeniaczki...
10:15 Ash- pobieranie krwi.
Zdecydowaliśmy się robić badanie progesteronu i Valerie pobierała
Ashencji krew. Dostaliśmy probóweczkę bordowego płynu, namiary gps
i dokładnie malowaną mapę- tak na wszelki wypadek i umówiliśmy się,
że jesteśmy z powrotem po 12 bo wtedy będą wyniki i będziemy wiedzieli
co dalej.
Bez najmniejszych problemów dotarliśmy do laboratorium
Tam na miejscu już nie mieliśmy problemów językowych- wszystko było
przygotowane i panie pielęgniarki były poinformowane o naszym nalocie.
Jedynie imię psa prosiły napisać na karteczce.
Jako, że byliśmy już w centrum miasta to wybraliśmy się pooglądać
gdzie to właściwie jesteśmy
La Mailleraye sur Seine- sympatyczne miasteczko w którym najciekawszy
był kościół...
Mnie zafascynowały również autka na pedały, które zawsze mi ojciec
obiecywał a nigdy takiego nie dostałam..
Kolega wolał większe gabarytowo..
W drodze powrotnej jeszcze zatrzymaliśmy się przy ciekawym kompleksie
budynków. W szczerym polu niewielki park a w nim takie oto "coś"...
Nie rozszyfrowaliśmy co tam się mieści- też nie bardzo się staraliśmy
ważniejsze było poszaleć z Ash, jedyne co na pewno tam było to księgarnia=]
11:30 śniadanko.
Umyśliliśmy sobie zjeść je przy ciekawym moście który się pojawił
już wcześniej i po dłuższej chwili poszukiwania stosownego miejsca
udało się znaleźć parking nawet.
Więc śniadanko w naszym niezawodnym wozie sprawującym również funkcję:
kuchni, jadali, przebieralni, sypialni czy nawet budy=D
i widok z jadalni...
Po przyjeździe do hodowli usłyszeliśmy, że progesteron jest akurat
i można kryć (co wiedzieliśmy już wcześniej- bo informacja z Polski
była, że Rino Tivio nie je, więc można;))
Akurat w ten dzień przyjechać mieli zainteresowani ONkami, więc musieliśmy
czekać na męża- Patricka aż wróci z Marokka i pojedzie po Picona.
Dogadaliśmy się odnośnie godziny wieczornego seksu i mogliśmy pojechać
się zakwaterować.
Czwartek nadal- 14:30.
ParkShore położony jest w malowniczym miejscu, gdzie po delikatnych
pagórkowatościach co rusz biegają sobie koniki w niedużych zagródkach.
Przy drodze ciekawa willa a w niej pokoje gościnne, gospodarze i dwa
briardy;)
Bardzo pozytywne miejsce- szczerze polecam! Pokoiki wysokiego standardu
wypacykowane w każdym szczególe- mogłam się poczuć choć na chwilkę
jak księżniczka.
Na przywitanie dostaliśmy po szklaneczce soku jabłkowego robionego
osobiście przez gospodarza- mniam!
Wreszcie mogliśmy wziąć prysznic i wyłożyć się na prawdziwym łóżku!
Oczywiście też od razu kazałam sobie pokazać moja idolkę Spaten,
która jest równie piękna jak na zdjęciach i taka delikatna Lady
Bond, James Bond jest strasznym pieszczochem i wyrażał całym sobą,
że również z chęcią by się zobaczył z Ash;)
 |
19:00 próba numer jeden.
Już w drodze na miejsce mnie nosiło, nie mogłam wysiedzieć w spokoju
a kolega tylko się ze mnie śmiał. Nigdy wcześniej nie widziałam Picona...
Widziałam tylko na kilku zdjęciach a on nie należy do mocno obfoconych
psów. Wiem, że ma super dzieci, że wśród nich są championy i matki
hodowlane. Wiem, że jest utytułowanym psem o najwyższym stopniu selekcji
Francji- wiem też, że brał udział w zawodach. Ale co z tego?? ?? ??
Co mi po tym wszystkim jak mi się nie spodoba? Jak zauważę coś co
nie będzie dla mnie do przejścia, albo stwierdzę, że charakter nie
taki? To jest chyba największy ból dalekiego krycia, kiedy nie zna
się osobiście repro. Kolega pocieszał mnie, że przecież wzięłam przezornie
adres innego kandydata na taki przypadek, że najwyżej się pojedzie
całą noc- ale będzie dobrze i że w ogóle to wymyślam, bo zawsze możemy
nie pokryć wcale a wycieczka i tak jest super. Nie powiem żeby mnie
to jakkolwiek pocieszyło- nooo może było mi ciut lżej, że nie ma presji,
ale nerwy i tak zostały=/
Tak się stało, że chwilę później Picon urzekł mnie swoją osobą.
Pooglądany dokładnie został, ale już i tak wiedziałam, że właśnie
takiego psa chciałam przed sobą zobaczyć!!!
Przystąpiliśmy do krycia.
Moja słodka gryzelda nawet była bardzo tolerancyjna i nie próbowała
się odwinąć jak to ma w zwyczaju. Jednak nie było OK. Próbowaliśmy
w pomieszczeniu, na dworze, w różnych miejscach tego podwórka, z krótką
przerwą dla psa i dla suki też, i tak, i siak, i jeszcze inaczej-
I NIC... Ja już zaczynałam być zmęczona, Ash tym bardziej a Picon
zerkał na Valerie- co ja mówię- właściwie to nie spuszczał z niej
oczu. Nie znam tego psa, nie wiem jak kryje, ale szczerze byłam zrezygnowana.
Kiedy pies tak niewiele się interesuje suką to stwierdziłabym, że
to jeszcze nie ten czas, że trzeba poczekać albo, że coś nie tak ale
Valerie była uparta. Po ponad godzinie powiedziałam, że dość-przecież
nie dam sobie suki wykończyć... Umówiłyśmy się, że nazajutrz próbujemy
z samego rana.
Pojechaliśmy do pensjonatu- nawet nie miałam siły się denerwować,
szybko zasnęłam beztroskim snem.
Piątek. 7:00 rano.
Według umowy stawiamy się na kolejną próbę. Widząc większe zainteresowanie
psa humor mi się poprawił. Jednak jakby nie było z zainteresowania
wyłącznie dzieci się nie rodzą...
Tą historię to my już znamy- deja vu?
Po ponad 40 minutach postanowiłyśmy zrobić dłuższą przerwę i zastanowić
się co dalej. Zaczęłyśmy debatować jak do tematu podejść i że przede
wszystkim to je pozamykamy na razie. Kiedy kończyłam zdanie odnośnie
kluczyków kierowane do kolegi poczułam jakiś dziwny opór na obroży.
Później już wszystko działo się poklatkowo: ja za kark Ash, Valerie
do psów, objęła je no i czekamy. Wszystko w ułamkach sekund- no ja
nie wiem czy Picon potrzebował takiej motywacji, że suka pojedzie
i nic, czy też raczej chwili nieuwagi w każdym razie udało się!!!
Jako, że ten dzień miał być tym najwłaściwszym- ewentualnie czas
do pojutrza, więc zważając na to iż plemniki żyją 2 do 3 dni mogliśmy
spokojnie jechać do domu już. To krycie jednak nie dało nam spokoju
sumienia. Za dużo prób- zbyt duże ryzyko. Postanowiłyśmy kryć jeszcze
raz, ale że nie chciałyśmy znów powtarzać ceremoniału i znów ryzykować
zmęczenia, niedużej ilości spermy itp.itd. to zapadła decyzja inseminacji.
Lekarz został poinformowany, że popołudniem zjawią się dwa briardy
i pojechaliśmy na śniadanie. Tak po prostu, najnormalniej w świecie
na śniadanie... Zabawne uczucie przy takich emocjach i nerwach zarazem
też.
Śniadanko już na nas czekało: gorące rogale z ciasta francuskiego
(we Francji jest całkiem inne to ciasto francuskie- tamto mi smakuje,
polskiego nie lubię, tamto jest znacznie bardziej delikatne, ale też
znacznie mniej kruche;) ), tosty, dżemiki robione przez gospodarza-
mniam! po raz kolejny, gorąca czekolada i świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy...
no i oczywiście Bond;)
Spaten przyozdobiła swoją osobą urokliwe wnętrze jadalni.
Po śniadanku był czas na zaplanowanie tej części wyjazdu poza główną
misją. Czyli co chcielibyśmy zobaczyć, co załatwić, jak to zrobić,
kiedy i którędy.
15:00 jedziemy do weta.
Tak istotnego zabiegu jak inseminacja nie dałybyśmy (z Valerie) powierzyć
mało doświadczonej osobie więc jedziemy do jej weta od spraw ważnych.
Od hodowli jest to jakieś półtorej godziny jazdy autostradami. Pilotuje
nas Valerie.
Pogoda nie jest zbyt przychylna, ciemno, buro, pada- ale to wszystko
jest zgodne z naszym planem =) Zobaczycie później.
Tymczasem dojeżdżamy na miejsce.
Czekamy w poczekalni gdzie jest dość duży ruch, oczywiście cały
czas obgadujemy briardy. Nasze briardy, polskie briardy, francuskie
briardy, europejskie briardy, briardy pracujące, briardzie reproduktory,
briardzie szczenięta, briardzi dobór hodowlany, odchów małych briardów,
problemy typowe dla briardów. Kolega już dawno się wyłączył z tych
tematów=D
Pierwszy raz widziałam jak się pobiera nasienie u psa- zdecydowanie
łatwiej niż u koni. Od razu zostało ono przebadane. Wet mi pokazał po
mikroskopem- co bym uwierzyła nie tylko na słowo;) Stwierdził, że dziś
z pewnością jest dobry dzień. No i zapłodnił Ash przez słomkę=D
A tu już jesteśmy po i ostatnia pamiątkowa fota z Piconem. Jeszcze kilka
zdań, czułe pożegnanie, przyjechał też wtedy Pan u którego mieszka Picon
i miałam okazję poznać a on zobaczyć mamę dzieci jego psa.
No i ruszamy dalej. Misja spełniona- jesteśmy wolni...
Piątek. Po sprawie.
Jako, że mamy już weekend to duża część mobilnych Francuzów wyrusza
odpocząć. Ci z miast poza miasta, ci z poza do. Przewidując korki
a nie chcąc się gonić jedziemy się wymeldować z kwaterunku. Pan gospodarz
nieco zdziwiony bo zapowiadałam, ze może i 4 dni będziemy a tu po
jednej nocy się żegnamy. Chyba nas polubił- bo nawet zniżka była=)
Znów z całym dobytkiem w astrze ruszamy na Paryż, bo "być we
Francji a Paryża nie zobaczyć?" (tym hasłem później tłumaczyłam
się przed rodzinką;))
Jak już wcześniej wspomniałam cały dzień była brzydka pogoda i padało-
i tak właśnie miało być!!! Chcieliśmy zobaczyć Paryż nocą, mokry Paryż
nocą. Udało się.
W trasie szybka kolacja, ruch w zasadzie okazał się być mniejszy niż
przewidywaliśmy, ale może to też dlatego, że zupełnie zrezygnowaliśmy
z autostrad i Navi nas doprowadziła uroczymi dróżkami przez wsie i
miasteczka.
22:45 Paryż.
Chyba w każdej stolicy kierowcy zamieniają się w piratów drogowych,
ale paryski ruch jak dotąd ma u mnie Mistrza. Szok! Największe wrażenie
zrobiło na mnie rondo, olbrzymie rondo gdzie średnica jezdni miała
ze 15 metrów- normalnie by tam było pewnie ze 5-6 pasów, ale tam nie
było ani jednego. Z ronda tego było 8 zjazdów i działy się wprost
cuda. Każdy jechał jak chciał, mijał jak chciał, samochody osobowe,
wielkie limuzyny, motory przeróżne, skutery, pisk opon, klaksony,
krzyki również też. W jednym momencie facet niedużą osobówką zawinął
się na tym rondzie i jedzie pod prąd! Okazało się, że przejechał zjazd
i obrał taki sposób na dojechanie do niego. Kosmiczny plac manewrowy!!!
Wszędzie wariaci pędzący ulicami i bardzo drogie luksusowe samochody
przyprawiały mnie o gęsią skórkę. Ale dałam radę i parkujemy w okolicy
sławnej wieży. Pierwsze dwie rzeczy jakie zobaczyłam po opuszczeniu
samochodu: fragmenty wieży przez drzewa i szczur. Niesamowite połączenie,
ciekawy kontrast- ale chyba właśnie taki jest Paryż.
Bardzo dużo mundurowych z bronią, jeszcze więcej czarnoskórych (bez
urazy) sprzedających breloczki i inne gadżety... a zresztą- zobaczcie
sami...
 |
 |
 |
 |
To był bardzo miły wieczorny spacerek (tylko Ash się mało podobał;),
ale ona jeszcze będzie miała swoje 5minut) i udajemy się na całkowitą
północ Francji w celu realizacji jeszcze jednego z dwóch ostatnich celów=)
Sobota. Północ Francji.
Około godziny 5 rano dotarliśmy do miasta portowego, którego nazwy
nie pamiętam... Znaleźliśmy uliczkę, która wydawała się być boczną
i ustanowiliśmy znów kilka godzin drzemki w naszym hiper-wozie. Rankiem
okazało się, że uliczka była jednak dość ruchliwa, ale także i urokliwa;)
Jak na mój gust- taka typowa dla miasta portowego...
Szybkie oporządzenie i ruszamy do portu. Jak się zapewne domyślacie
chcieliśmy odwiedzić Anglię. Celem naszym był najbliższy bank koniecznie
angielski gdzie kolega musiał wyjaśnić swoje sprawy. Wybraliśmy Dover
i ten konkretnie port we Francji ponieważ przeprawa tam i z powrotem
zajmowała najmniej czasu. Jak wiemy podróż do UK z psem jest bardzo
utrudniona także Ash musiała poczekać we Francji i co zrozumiałe czas
był dla nas priorytetem. Udało nam się całą misję sfinalizować w 4 godziny.
Tutaj coś co nazwałam "wodniskiem" analogicznie do lotniska-
bo niesamowicie je przypomina;)
i Dagunia uradowana, że pierwszy raz promem płynie...
Każda wolna chwila dobra na drzemkę...
no i...
oraz nasz cel
kilka fot miasteczka...
... no i po drzemce powrotnej jesteśmy znów we Francji.
Ash wyglądała jakby się wreszcie wyspała, zostawione śniadanko także
zjadła, więc miała dużo energii na jej 5 minut. Jak jej obiecywałam
od początku wyjazdu tak też zrobiłam. Spacerek po plaży, wyścigi z wiatrem
(tak naprawdę ciężko się było z nim ścigać bo grał nie fair i nas usiłował
przewrócić), hektary plaży i totalny luz- to jest to co Ash'unie lubią
najbardziej;)
No a później już był tylko przystanek w Belgii i odwiedziny daaaawno
nie widzianego kumpla, który tam pracuje i mieszka. U niego kolacyjka
i napełnienie termosów, trochę wspomnień i rozprostowanie kości.
Z ciekawszych rzeczy to jeszcze taka oto zjeżdżalnia...
przy stacji benzynowej, którą oczywiście nie omieszkaliśmy przetestować
=D
No i może jeszcze rzut oka na licznik...
przy którym nie umiałam dociec która to już setka mija ?!?!?! a było
to 3444km.
Wrocław- tam zostawiałam kumpla, Kłodzko- tam miłą panią Navi i ostatni
odcinek Kłodzko- dom. Najgorszy, najcięższy, najbardziej niebezpieczny,
150km, 3 RedBulle, 5 przystanków.
DOM.
Po podsumowaniu przejechałam 4048km w 107 godzin, pełna wrażeń, pięknych
wspomnień i miejmy nadzieję z pełną skutecznością misji.
Pozdrawiamy wszystkich serdecznie !! !! !!